środa, lutego 28, 2007

Jak uniknąć duchowej anoreksji?

Niniejszy post, nie przez przypadek dosyć luźny (swoją drogą, wygląda na to, że aby blog nie umarł, trzeba mi rozszerzyć jego tematykę także na sprawy niewiążące się bezpośrednio z Pismem Świętym — w tym wypadku na kwestie liturgiczne), znów sponsoruje (ponownie o tym nie wiedząc, chyba że po kryjomu tutaj zagląda — ale nie sądzę) Ojciec Paweł Gużyński.

We wtorek 27 lutego w dominikańskiej Winnicy odbyło się spotkanie z Ojcem Pawłem. Jego temat: Jak uniknąć duchowej anoreksji?.


Początek spotkania przebiegał mniej więcej następująco:

OJCIEC PAWEŁ [po krótkim wstępie]: A teraz chciałbym was zapytać, z czym wam się kojarzy wielki post. Albo jakimi innymi określeniami moglibyście go zastąpić. Po kolei: pan w okularach ze zmierzwionym włosem?

WSKAZANY NIESZCZĘŚNIK: Umartwienie...

OJCIEC PAWEŁ: A pani?

PANI: Fioletowe ornaty...

ANONIMOWY UCZEŃ: Przygotowanie paschalne.

JESZCZE KTOŚ INNY: Smutek.

OJCIEC PAWEŁ [z widoczną lubością]: O, taaak...


O co chodziło. Otóż Wielki Post jest faktycznie czterdziestodniowym okresem przygotowania paschalnego. I pomimo naszych odczuć psychologicznych nie jest to "czterdzieści upierdliwych dni, które kiedyś w Kościele wymyślono"; nie będzie też słuszne subiektywne wrażenie, jakoby ten czas zajmował większą część roku. Ale wszystko to tylko pod warunkiem, że spojrzymy na okres postu przez pryzmat Zmartwychwstania. W innym wypadku rzeczywiście może się on wydać niezrozumiały, a nawet bezsensowny.

Skąd się wziął Wielki Post? Otóż na przełomie II i III w. (a być może jeszcze wcześniej, ale nie mamy na to wystarczająco twardych źródeł) do Kościoła zaczęli masowo napływać ludzie, których trzeba było przygotować do chrztu. To właśnie dla nich przeznaczona była liturgia chrzcielna w początkowej części celebracji Wigilii Paschalnej. (Przy okazji: początkowo Wielki Post trwał nie czterdzieści dni, ale raptem czterdzieści godzin. Zaczynał się w Wielki Piątek i kończył w Wielką Sobotę. Kierowano się przy tym tą prostą logiką, że pościć trzeba tylko wtedy, kiedy nie ma Oblubieńca. Recessit Pastor noster — "Odszedł nasz Pasterz". Do dziś niektórzy, aby odczuć tę nieobecność, nie przyjmują w Wielki Piątek Komunii Świętej; Ojciec Paweł uważa tę tradycję za piękną i słuszną). Dzisiaj także odnawiamy w tym czasie przyrzeczenia chrzcielne. Skoro więc chrzest, to także i wiara.

I w ten sposób dochodzimy do kluczowego problemu Wielkiego Postu: jego istotą jest pogłębienie wiary, przygotowanie się do Świąt Paschalnych przez otwarcie Bogu tych miejsc w naszym życiu i naszej duszy, które były dotąd dla Niego zamknięte. A nie umartwianie, narzekania i wyrzeczenia. "Jedzcie tyle pączków, ile wam zdrowie pozwala" (z niedawnego kazania Ojca Pawła) — bo nie o pączki tutaj chodzi.

Oczywiście, jeżeli ktoś pości i odmawia sobie czegoś, żeby być bliżej Boga albo drugiego człowieka, to wszystko w porządku. Poszczenie jednak nie powinno się stać fetyszem (tak jak w wypadku ludzi, którzy odmawiają sobie wszystkiego, odmawiają też tony modlitw, ale jeśli im tylko przerwać w nabożnych modłach z najdrobniejszą ludzką sprawą, to gotowi byliby zabić). Przy okazji warto wspomnieć pierwszych chrześcijan, którzy kiedy już zaczynali pościć, to porządnie. I jedli jeden posiłek w ciągu dnia, wieczorem, a to, co udawało im się dzięki temu zaoszczędzić, oddawali biednym. I taki był dla nich sens jałmużny wielkopostnej.

Myślę, że warto może zrobić podobnie: niekoniecznie rezygnować ze śniadań (choć jeżeli ktoś ma potrzebną wytrzymałość i zapał, to czemu nie), ale jeśli już odmówimy sobie na przykład wyjścia do kina — to wrzucić te dziesięć — dwanaście złotych do wirtualnej (lub nie) skarbonki, aby na koniec postu ją otworzyć i przeznaczyć zebrane pieniądze na jakiś dobry cel. Można sobie także założyć, że będzie się chodziło na jedną dodatkową mszę w tygodniu, w dzień powszedni, albo też zacząć regularnie, kawałek po kawałku, czytać i rozważać Biblię.

Podstawowe pytanie Wielkiego Postu: w jakich dziedzinach w moim życiu nie ma Boga?

Ale wracając do samego spotkania i do smutku, którego wspomnienie sprawiło Ojcu Pawłowi tak wielką radość i bezbrzeżną satysfakcję. Otóż bez mała spadłem z krzesła, gdy powiedział, że niedzielne gorzkie żale "pachną [mu] dosyć dewiacyjnie", bo "jak wiadomo, niedziele nie należą do Wielkiego Postu" (i właśnie dlatego okres od Środy Popielcowej do Wigilii Paschalnej, jeśli go przeliczyć ciurkiem, trwa dłużej niż czterdzieści dni... Ale kiedy odjąć niedziele, wszystko się będzie zgadzać). "Zaśpiewamy sobie gorzkie żale, jakby przypadkiem było nam za wesoło": co ciekawe, dla wielu dawnych mnichów (konkretne nazwy zakonów niestety nie padły) zasada gościnności była ważniejsza od postu i kiedy do klasztoru przyjeżdżał gość, mnisi natychmiast otwierali lodówki, świętowali, a dopiero po odjeździe delikwenta wracali do surowej dyscypliny, postu i tak dalej.

Cóż jeszcze: oto często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo nasza nowożytna świadomość historyczna wpływa na postrzeganie Triduum Paschalnego. Każdą z jego części jesteśmy skłonni postrzegać jako jeden, osobny dzień, z ostrymi granicami pomiędzy, przez co zatraca się ciągłość Przejścia. Otwiera się również zwodniczo droga do wyłącznego skupienia na Wielkim Piątku i Męce Pańskiej, która może do nas przemawiać silniej niż Wigilia Paschalna (śmierć jest przecież znacznie bardziej uchwytna, bardziej konkretna niż zmartwychwstanie), ale to nie o nią przede wszystkim chodzi. Wielki Post nie ma być zapomnieniem o Zmartwychwstaniu, ale ma nas do niego przygotować.

(Dygresja o niedzielach. Otóż nie jest przypadkiem, że Mękę Pańską rozważamy tak naprawdę dopiero pod koniec Wielkiego Postu. Wcześniej — przynajmniej w czytaniach z cyklu A, który od wieków jest w Kościele niedzielnym cyklem podstawowym i właśnie dlatego Ojciec Paweł nie stosuje lekcji z cyklu — mamy ewangelie o kuszeniu, przemienieniu, Samarytance, niewidomym i wskrzeszeniu Łazarza, które dopiero mają nas doprowadzić, stopniowo i nie gwałtownie, do tej najtrudniejszej, najcięższej chwili. A tymczasem organiści już w pierwszą niedzielę walą z grubej rury "Ogrodzie oliwny" — i wtedy jest już pozamiatane. Po ciastkach. Po zawodach).

W paru słowach podsumowania. Skupmy się na pytaniu o wiarę. To ona ma nami kierować. A wszystko, co zewnętrzne, jest wtórne. Może pomóc, ale może także zaszkodzić.

I tym optymistycznym akcentem.


PS. Na tej oto stronie znajduje się jeszcze trochę przydatnych wiadomości historyczno-liturgicznych o Wielkim Poście. Myślę, że mogę polecić. Zresztą w sieci jest tego dużo.

7 Comments:

Blogger Wojtek Zdobywca said...

Pamiętam podobny schemat z zeszłego roku:)

"O taaaak" :D:D:D

"Skąd się wziął Wielki Post? Otóż na przełomie II i III w. (a być może jeszcze wcześniej, ale nie mamy na to wystarczająco twardych źródeł) do Kościoła zaczęli masowo napływać ludzie, których trzeba było przygotować do chrztu. To właśnie dla nich przeznaczona była liturgia chrzcielna w początkowej części celebracji Wigilii Paschalnej."

Prrr, szalony, hola hola! Od samego Ojca Pawła pozyczyłem książeczkę o neokatechumanacie i jego rozwoju przez wieki. Stało tam, że do 2-3 wieku przygotowanie do przystąpienia do do wspólnoty chrześcijańskiej było bardzo trudne i żmudne i nierzadko trwało kilka lat, żeby stać się "pełnoprawnym" chrześcijaninem i być dopuszczanym do sakramentów. Przechodzono okres przygotowawczy - właśnie neokatechumenat - potem dopuszczano takiego bliżej, żeby zapoznał się z tradycją i obyczajowością i zasadami mszy (ale ciągle bez sakramentów) i dopiero po roku czy 2 czy więcej dobrego (BEZGRZESZNEGO [no, z odpowiednim dystansem, bo nam herezja wyjdzie]) życia na Wielki Post przechodził jednocześnie Chrzest, Bierzmowanie i Pierwszą Komunię, stając się pełnoprawnym członkiem. Jednak to, o czym mówił Ojciec Paweł nie wynikało tylko z liczby ludzi, ale z tego, że przy tak wielu ludziach trudno było utrzymać wysokie wymagania moralne wobec nowych członków (statystyka;]), poza tym była jeszcze kwestia masowych chrztów na coraz odleglejszych ziemiach, gdzie fizycznie nie było możliwe przeprowadzać tak pieczołowitej procedury przyjęcia.Narzekali na to ówcześni wielcy biskupi (Ambroży? inni Ojcowie Kościoła?) Dlatego 40 godzin przesunięto na 40 dni, a potem w ogóle tylko na Wielki Tydzień, bo ludziom się nie chciało...



"(Przy okazji: początkowo Wielki Post trwał nie czterdzieści dni, ale raptem czterdzieści godzin. Zaczynał się w Wielki Piątek i kończył w Wielką Sobotę."

prawda - tak tez było w książeczce. i wydaje się być to najbardziej zgodne z tradycją ewangeliczną.


"jego istotą jest pogłębienie wiary, przygotowanie się do Świąt Paschalnych przez otwarcie Bogu tych miejsc w naszym życiu i naszej duszy, które były dotąd dla Niego zamknięte. A nie umartwianie, narzekania i wyrzeczenia." - hit the nail on the head

tradycja chrześcijańska - fajna. Tylko nie bardzo wiem jak to wprowadzić w zycie, bo nie wiem, ile bym wydał, gdybym nie pościł...10% więcej?:)

"Podstawowe pytanie Wielkiego Postu: w jakich dziedzinach w moim życiu nie ma Boga?" - czasem łatwiej zapytać w jakich jest...

Niedziele: pytałem Ojca Vlada, czemu w niedzielę jedziemy z Drogą Krzyżową - powiedział, że dzień tego nabozeństwa nie jest w żaden sposób nakazany, a poza tym "nikt by się w żaden inny dzień nie pojawił". Ja w niedzielę stanowiłem 1/6 uczestników...

Mnisi - bardzo istotna kwestia - czy moje zasady są ważniejsze niż drugi człowiek? Do jakiego stopnia? Właściwie bardzo mi się podoba i przekonuje mnie ten przykład (samemu też mi się zdarzało tak robić i podobnie to sobie argumentowałem, że człowiek i sytuacja ważniejsze są od MOICH postanowień),ale pewnie gdzieś jest granica...ale w sumie - chcę miłosierdzia, nie ofiary.

"A tymczasem organiści już w pierwszą niedzielę walą z grubej rury "Ogrodzie oliwny" — i wtedy jest już pozamiatane. Po ciastkach. Po zawodach)." - krzesło zrzuciło Wojtka i się śmieje

czwartek, marca 01, 2007 4:09:00 AM  
Anonymous Anonimowy said...

"ANONIMOWY UCZEŃ"

Skromny, niczym św. Jan :D

środa, marca 07, 2007 10:46:00 AM  
Blogger Staszek said...

"Skromny, niczym św. Jan :D".

No cóż, nie mogę powiedzieć, że nie liczyłem, że ktoś to wychwyci. Ale zawsze mogę się bronic, że to taka subtelna autoironia. ;-)

środa, marca 07, 2007 11:01:00 AM  
Blogger Staszek said...

Ad Voytem (ciekawe, czy tak by to było po łacinie. Zapewne nie, ale co tam).

Pewnie niejasno napisałem o tej "liturgii chrzcielnej". Rzeczywiście, to nie było tak, że w piątek rano wysyłali maila z prośbą o rezerwację miejscówki, a w sobotę już byli chrzczeni.



"Dlatego 40 godzin przesunięto na 40 dni, a potem w ogóle tylko na Wielki Tydzień, bo ludziom się nie chciało..."

Zgubiłem się. 40 godzin --> 40 dni --> Wielki Tydzień? Na pewno w tej kolejności? A nie 40 h -> Wielki Tydzień -> 40 dni?



Hmm... Nie jeść nic w Wielki Piątek? Pewnie przesada, ale na przykład zjeść porządne śniadanie oraz obiadokolację dopiero po nabożeństwie wieczornym?



"tradycja chrześcijańska - fajna. Tylko nie bardzo wiem jak to wprowadzić w zycie, bo nie wiem, ile bym wydał, gdybym nie pościł...10% więcej?:)".

Fakt. Trzeba by to przemyśleć. Ja wyznam, że jem słodycze, którymi jestem częstowany albo które dostaję z domu, natomiast sam nie kupuję (i oczywiście od razu kusi mnie, żeby zakąsić wieczorek kupnym batonikiem... Może jest w tym też trochę fizjologii, można by się zastanowić, czy substytuty w postaci owoców są wystarczająco zasobne w cukier). Ale jak to przeliczyć na tę jałmużnę? Zresztą na owoce też przecież wydam część tego, co w innym wypadku zużyłbym na słodycze. Hmm, hmm... A może odpuścić sobie jakąś płatną rozrywkę (wstępnie przychodzi mi na myśl kino).



Co do przykładu z mnichami, to myślę, że faktycznie jest przekonujący. Warto by to kiedyś sprawdzić: kto tak robił, kiedy, w jakich okolicznościach. Można zapytać Ojca przy jakiejś okazji, czy pamięta, skąd zaczerpnął tę informację.



A wspomnianą przez Ciebie książeczkę o neokatechumenacie może warto by było przeczytać... Zgłoszę się może do Ojca Pawła przed wakacjami.

środa, marca 07, 2007 11:30:00 AM  
Anonymous Anonimowy said...

"No cóż, nie mogę powiedzieć, że nie liczyłem, że ktoś to wychwyci. Ale zawsze mogę się bronic, że to taka subtelna autoironia. ;-) "

:) A myślałam, że to tylko moje przypadkowe skojarzenie!

"Zgłoszę się może do Ojca Pawła przed wakacjami."

[rotfl]

środa, marca 07, 2007 11:00:00 PM  
Blogger Staszek said...

Czy Anonymous to Ty, Marianno? Jeżeli nie, to przepraszam. ;)

czwartek, marca 08, 2007 11:09:00 AM  
Anonymous Anonimowy said...

Tak, zgadza się :)

(Tzn. nie każdy "Anonymous" to ja)

czwartek, marca 08, 2007 2:29:00 PM  

Prześlij komentarz

<< Home